Używam systemu Microsoft od zawsze, ale odkąd pamiętam, chciałem mieć Macbooka, bo jakoś czułem w powietrzu ten czar designu Apple oraz chciałem należeć do sekty jabłuszka.

              Ten artykuł ma na celu powiedzeniu wam paru rzeczy, których nauczyłem się, korzystając ze sprzętu firmy z Cupertino na przestrzeni ostatnich paru lat.

Najpierw jednak trochę historii

              W 2015 roku zacząłem studia, więc miałem wreszcie okazję wyeliminować ze swojego życia notowanie w zeszytach, bo i tak większość moich dotychczasowych zapisków trzymałem już w aplikacji OneNote. Potrzebowałem do tego laptopa idealnego, a niestety mam to do siebie, że poszukiwania sprzętu to dla mnie niczym znalezieni idealnej bielizny.

Wiem, że porównanie niecodzienne, ale niestety, lepszego nie posiadam, bo laptop dla mnie to naprawdę ważny element codziennego ekwipunku.

Zapotrzebowanie

              W tym momencie wiedziałem, że potrzebuję lekkiego laptopa o poręcznych rozmiarach, by nie mieć problemów z przenoszeniem go między domem a uczelnią, a w wypadku tego drugiego miejsca nie zawsze było wygodnie notować.

Dodatkowo potrzebowałem również urządzenia, które wytrzyma więcej niż standardowe 8-9 godzin na jednym ładowaniu, a niestety wszystkie te wymogi spełniał Macbook i tak stałem się członkiem kultu owoców.

Tak, to ja, bo tak się czułem pod koniec..

Co było moim sprzętem?

              Korzystałem z laptopa 13.3 cala w konfiguracji 128 GB, 8  GB pamięci ram, więc totalnie podstawowa wersja, bo więcej tak naprawdę nie potrzebowałem. Miała być to maszyna w sumie tylko do pisania notatek i tworzenia projektów na studia, ale z czasem zdarzało się, że używałem go jako swojego głównego urządzenia, bo i tak wszystko, czego potrzebowałem do pracy, znajdowało się na dyskach sieciowych od Google, Microsoft i oczywiście Apple, bo dostałem w komplecie.

Początki były dość dziwne, ale i jednocześnie zabawne.

              Osoby, które znają mnie prywatnie wiedzą, że sporą część swojego życia, które dotyczyło technologii, spędziłem na odradzaniu sprzętu Apple, bo dla mnie było to po prostu przepłacanie za to, co oferowali, jeśli chodzi o parametry maszyn.

              Kiedy aluminiowy laptop pojawił się w domu, część członków mojej rodziny śmiało się, że sprzedałem się i stałem się wyznawcą produktów, których twarzą jeszcze wtedy był Steve Jobs.

Zabawny dodatek do zakupu, ale mając to w pamięci, odkrywałem, dlaczego ludzie chwalą sobie produkty tej firmy.

              Nie musiałem uczyć się korzystania komputera od nowa, bo już miałem styczność z ich systemem, więc jedyne czego tak naprawdę musiałem się nauczyć to inny układ klawiszy oraz masa skrótów. Na moje szczęście przyzwyczajenie się do tego trwało chwilę, a to znacznie ułatwiło i przyspieszyło korzystanie z nowego nabytku.

Aplikacje podobne, ale jednak inne, używanie ich to coś bardzo irytującego.

              Na moje szczęście wiele rzeczy, z których korzystam. jest zarówno na system od Microsoftu, ale, jak i Apple, co jeszcze bardziej ułatwiło mi adaptację do nowego środowiska, w którym chciałem pracować. Niemniej istniało kilka rzeczy, które mnie irytowało.

Świetnie opisała to Yzoja w swoim tekście Siedem miesięcy z MacOs:

Wciąż nie rozumiem o co chodzi z tym paskiem z lewej (dockiem), w szczególności z tymi ikonkami, które są obok kosza. Co to? Czemu pojawiają mi się tam ikonki pomimo zamkniętych okien? Czemu Chrome nie pojawi się jako dwie osobne ikonki, skoro mam otwarte dwa okna z różnymi użytkownikami? Wiem, marudzę. Ale no…

Yzoja

W wypadku pracy na Windowsie jest jedna ikonka od programu, a to równia się z porządkiem na pasku, a ja jestem niestety z tych, którzy wolą mieć porządek, więc robienie mi takiego bałaganu nie było na rękę, zwłaszcza przy tak małym ekranie.

Drugą rzeczą, która mnie irytowała cały czas to fakt, że musiałem formatować wszystkie swoje nośniki danych, by działało to zarówno z laptopem z systemem Apple, ale i maszyna, gdzie jest Windows. Niby pierdoła, ale jednak strasznie irytująca dla mnie, ale i osób naokoło mnie.

Do klawiatury idzie się przyzwyczaić, ba nawet przez długi czas myślałem, że jest idealna, jeśli chodzi o wygodę pisania. Było tak, do momentu aż nie trafiłem na te, które oferują w laptopach Thinkpad z serii T, na której właśnie piszę ten artykuł, ale o tym kiedy indziej.

System pełen zbędnych animacji

              Kiedy zaczynałem zabawę z systemem Apple, myślałem, że niektóre animacje związane z tym, jak działa system, są potrzebne do korzystania z niego, jednak nie zawsze były jasnym znakiem czy system wykonał zlecone mu polecenie.

No ładne to, ale nie dla mnie.

Gdzie jest ten przycisk delete?

              Najdziwniejsze co spotkałem podczas pracy na laptopie Apple to fakt, że na klawiaturze nie ma przycisku do kasowania plików, a zamiast tego trzeba nauczyć się skrótu klawiszowego, który dla mnie jedynie wprowadza chaos, a nie wygodę.

 Wszystkie aktualizacje to koszmar!

              Ten, kto jest fanem tego na Windowsie, musi być masochistą wobec siebie samego, ale na sprzęcie od Jobsa nie jest o wiele lepiej. Tutaj ich po prostu nie widać, ale jak już się włączą, to przynajmniej jesteś o tym ostrzeżony, co ułatwia Ci zaplanowanie swojego dnia lub robi się to w nocy, kiedy śpisz.

              Niemniej jednak kiedy proces aktualizacji się rozpocznie, to możesz pożegnać się z laptopem na dłuższy czas, bo to ile czasu pokazuje do końca procesu wdrożenia nowości w systemie, wcale nie trwa tyle, ile pokazuje licznik na ekranie. To kłamstwo, które wielokrotnie spędziło mi sen z powiek, bo człowiek czasem wolał tego przypilnować, bo wiecie, złe doświadczenia z Windowsem.

Było fajnie, ale dobrze mi, że uciekam!

              Nie zrozumcie mnie źle, posiadanie laptopa marki Apple pozwoliło mi inaczej spojrzeć na to jak działa system tej firmy oraz jak to jest posiadać sprzęt marki uznawanej za elitarną lub dla artystów.

              Jednak Windows to coś, na czym tak naprawdę pracuje mi się najwygodniej i nie muszę martwić się o to by, wszystkie pliki były widoczne w obu systemach, więc mniej stresu. Do tego nie muszę martwić się o licencje oprogramowania, które już posiadam.

Office, ty cholero jedna!

              Tak, miałem problem z licencją oprogramowania. Posiadam Office 2013, który jest zainstalowany na mojej główniej maszynie. W skład tego wszystkiego wchodzi również OneNote, a to moja główna skarbnica notatek. Chciałem to zainstalować na Apple, bo jednak aplikacja nie wymagała instalatora całego pakietu od Microsoft.

Jednak myliłem się, ponieważ okazało się, że muszę posiadać oba rodzaje licencji by używać aplikacji. Wtedy stwierdziłem, że w systemie Apple trzyma mnie tylko fakt, że gdy kupowałem tego laptopa to najlepsza rzecz do pisania była dostępna tylko w jabłuszku, ale na moje szczęście jest już też na Microsoft.

Więc jak to tak naprawdę jest?

              MacOs to system, który ma swoje wady i zalety, każdy system ma. Nie ma idealnych i nigdy nie będzie. Podobnie jak Yzoja, nie wyobrażam sobie, by ten system był moim głównym miejscem pracy.

Jasne, było kilka udogodnień, ale jednak przyzwyczajenie i wygoda stworzona w Windows, jak na razie jest dla mnie po prostu niezastąpiona. Przynajmniej ja na chwilę obecną nie potrafię.

Link do tekstu, który zmotywował do napisania tego wpisu, znajdziecie tutaj: https://yzoja.pl/siedem-miesiecy-z-macos/